Przejdź do głównej zawartości

Dziennik#1: Pierwszy dzień roku szkolnego w USA

Chociaż rok szkolny zaczęłam już ponad tydzień temu to jednak chcę opisać jak to wygląda tutaj, w Stanach. Nie było to zwykłe siedzenie na apelu, podczas gdy wszyscy czekali aż skończy się to beznadziejne przemówienie dyrektorki. Wyglądało to inaczej. Nie ma ubierania się na galowo ani siedzenia przez piętnaście minut z wychowawcą. Tutaj od razu zabierasz się do roboty.



Zacznijmy od tego, że w Stanach nie ma się jednej klasy i wychowawcy, dlatego też to, co wyżej opisałam, tutaj nie miałoby sensu. Po swój plan lekcji idzie się mniej więcej tydzień przed początkiem szkoły. Każdy rocznik przychodzi w innym czasie, żeby uniknąć zbyt wielkich kolejek. W tym roku przyszłam dziesięć minut przed czasem, a i tak czekałam ponad godzinę. Tego dnia każdy szedł na salę gimnastyczną zrobić sobie zdjęcie do szkolnego ID, które następnie dostawał, aby móc odebrać swój plan lekcji. Masz już swój plan lekcji? To widzimy się w następny poniedziałek, a teraz idź już i nie blokuj kolejki!

Po tym masz jeszcze kilka dni wakacji, a jeśli miałeś pecha (lub szczęście, jak uważasz) i byłeś akurat wtedy na Hawajach, to po prostu pierwszego dnia szkoły przychodzisz na godzinę 7:15 i dostajesz swój plan zajęć. Myślę, że warto opisać jak wygląda amerykański plan lekcji. Masz maksymalnie 7 lekcji, takich samych każdego dnia, na które chodzisz z różnymi grupami ludzi. Większość ludzi w mojej szkole ma tylko 6 klas w ciągu dnia i jeśli mają takie szczęście jak ja, nie mają pierwszej lekcji i zaczynają każdego dnia o 8:30. Więcej szczegółów podałam w poście o tutejszym liceum

Tak więc poszłam do szkoły na późniejszą godzinę (rok temu zaczynałam o 7:35 i to było koszmarne). Moją pierwszą lekcją był hiszpański. W tym roku trafiłam do innej nauczycielki niż poprzednio, która przynajmniej na razie wydaje się bardzo fajna. Trenuje kick boxing i jak sama to powiedziała powinniśmy się jej słuchać, bo ona uczy dłużej niż my w ogóle żyjemy. Siedzę razem z dziewczyną, która chodziła ze mną rok wcześniej na hiszpańskim, poza nią znam może z dwie osoby z tej klasy. Pierwszego dnia nauczycielka dała nam mini ankiety, w których chciała, abyśmy napisali z czym mieliśmy problemy w poprzednim roku i co chcielibyśmy powtórzyć. Jest to dopiero drugi (z pięciu dostępnych w mojej szkole) poziom hiszpańskiego, więc nie zaczęliśmy jeszcze żadnych zadań. Jedyne co musieliśmy zrobić to przedstawić się osobom siedzącym najbliżej po hiszpańsku. Na koniec omówiliśmy zasady panujące w klasie i dostaliśmy syllabus do podpisania przez nas i naszych rodziców.

Po dzwonku mieliśmy pięć minut na przejście do kolejnej klasy. W pierwszym tygodniu szkoły mieliśmy codziennie 30 minutowe lekcje, które nazywają się advisory periods, co dosłownie znaczy lekcje doradcze, konsultacyjne. Polegają one na tym, że dostajemy informacje między o tym, jak ważne jest pisanie odpowiednich maili do nauczycieli, o tym, że przemoc w sieci jest zła i jak powinno się zachować w przypadku, gdy coś o tym wiemy, czy o tym jak się przeprasza i inne takie raczej podstawowe informacje. Lekcja doradcza odbywa się w klasie, w której mamy naszą trzecią lekcję. Nie było to zbyt ekscytujące. Wszyscy siedzieli i oglądali prezentację zrobioną przez dyrekcję.

Od razu po tym zaczyna się trzecia lekcja. W moim przypadku jest to historia Stanów Zjednoczonych. Jako, że angielski nie jest moim pierwszym językiem, to uczęszczam na historię razem z innymi osobami, nie-Amerykanami. Dzięki temu tępo przerabiania materiału w klasie jest wolniejsze, nauczycielka tłumaczy niektóre rzeczy dokładniej, wyjaśnia trudne, rzadko używane słowa. Pierwsza lekcja polegała na tym, że omówiliśmy zasady i dostaliśmy syllabusy do podpisania. Następnie mieliśmy zrobić kartkę ze swoim imieniem, hobby, rodziną i jakąś jeszcze inną informacją, którą chcieliśmy się podzielić. Przedstawialiśmy się osobom z naszego stolika, które w większości znaliśmy, bo mieliśmy ze sobą historię świata w poprzednim roku. Było więc to raczej bez sensu, no ale cóż. Następnie nauczycielka nas poprzesadzała i graliśmy w "Would you rather...?" do końca lekcji.

Po dzwonku nadeszła upragniona przez wszystkich przerwa na drugie śniadanie. Brunch trwał 15 minut. Ja niestety spędziłam go w sekretariacie załatwiając dokumenty potrzebne do Polski, a potem czekałam w gigantycznej kolejce do łazienek.



Po dzwonku miałam matematykę. W tym roku robię matematyką zaawansowaną, na szczęście trafiłam na świetnego nauczyciela, tak samo twierdzi moja przyjaciółka, która go miała w tamtym roku. I muszę przyznać jej rację, jak na razie wydaje się w porządku. Przez to, że ten przedmiot jest trudny, już pierwszego dnia zaczęliśmy robić rzeczywiste zadania. Oprócz tego - standardowo - omówienie zasad oraz syllabus. To co mnie zaskoczyło na akurat tym kursie to to, że z około 35-40 osób jestem jedyną białą osobą, reszta to Hindusi i Azjaci. A pragnę zauważyć, że mieszkam w Kalifornii, a nie po drugiej stronie globu ;). To akurat rzuciło mi się w oczy, bo takie rzeczy się raczej nie zdarzają. Ot, ciekawy zbieg okoliczności. Dodatkowym plusem jest to, że razem ze mną  w klasie jest moja dobra koleżanka, więc nie czuję się kompletnie wyalienowana. Swoją drogą siedzę z fajnym i co najważniejsze ogarniającym matmę chłopakiem. Jedyne, co mnie w nim troszkę bawi, to ilość żelu do włosów, który codziennie nakłada.

Moją piątą lekcją było Art 1. W skrócie plastyka w 2D. Moja nauczycielka to osoba, które ma dość mocno wylane. Kazała nam przykleić sobie karteczki z imieniem, sprawdziła obecność i dała nam kartki do podpisania przez rodziców. Następnie mieliśmy przedstawić się w swoich grupach oraz opowiedzieć o tym, co robiliśmy w wakacje. Na koniec stwierdziła tylko, że zostało nam aż 15 minut, więc będziemy rysować. Rozejrzała się po klasie, zamruczała coś pod nosem i postanowiła, że mamy narysować jabłko. Naprawdę. Nauczycielka mimo wszystko wydaje się miła, dlatego też mam nadzieję, że ta klasa nie będzie zbyt wymagająca. 

Po piątej lekcji był lunch! Spędziłam go z Khushi i Catherine. Z pierwszą z nich przyjaźnię się już od roku, drugą kojarzę, spotkałyśmy się nawet parę razy poza szkołą. Poszłyśmy kupic jedzenie do Targetu (normalnie przynosimy lunche ze sobą, ale pierwszy dzień szkoły trzeba jakoś uczcić ;) ). Zjadłyśmy przy stolikach w centrum obok sklepu. Jako, że Khushi jest strasznie punktualna, wróciłyśmy do szkoły kilkanaście minut przed czasem. Zostałam razem z nią pod jej klasą od matematyki, a Catherine poszła do biblioteki, aby się uczyć, bo ma okienko na szóstej godzinie. Tego dnia rozmawiałyśmy głównie o naszych nowych klasach oraz o tym, jak dziecinnie wyglądają w tym roku freshmani (czyli po prostu pierwszoklasiści). Było naprawdę dobrze, szczególnie, że obawiałam się jak to będziez tymi lunchami, bo moja najlepsza przyjaciółka, z którą w poprzednim roku spędzałam większość czasu już skończyła liceum.



W końcu nadszedł kolejny dzwonek. Poszłam na angielski, a dokładniej przedmiot zwany global literature (sheltered) - w wolnym tłumaczeniu literatura ogólnoświatowa. Angielski mam z osobami, nie-Amerykanami, jest to jednak najwyższy poziom dla tych, których angielski nie jest pierwszym językiem. W kolejnym roku osoby te mają już angielski z native speakerami. Moja nauczycielka jest świetna. Wiem to, ponieważ gdy przeprowadziłam się do Stanów, to ona była moją nauczycielką ELD2. Co do osób w klasie, to znałam już większość z poprzednich roku. Są tam tylko dwie osoby, które doszły do nas z innej szkoły. Jedyne co robiliśmy to dostanie syllabusa i omówienie zasad. Czytaliśmy także list do nas od nauczycielki. Zaczęliśmy też pisać własne listy od nas, do nauczycielki, aby ta mogła nas lepiej poznać.

Moją ostatnią lekcją była fizyka. Jest to drugie rozszerzenie, które wzięłam na siebie w tym roku. W mojej klasie większość stanowią chłopacy, co mi raczej nie przeszkadza :'). Moi partnerzy z grupy są całkiem fajni i da się z nimi dobrze rozmawiać. Oprócz tego jest tam też Catherine, którą znam. Mój nauczyciel wydaje się wymagający, ale po pierwszym tygodniu uważam już, że uczy dobrze. Pierwszego dnia dał nam do wypełnienia arkusze o sobie. Najlepsze jednak było to, że pokazał nam sztuczki fizyczne. Nie ma pojęcia na jakiej podstawie to działało, ale miał przedmiot który unosił jakiś specjalny materiał w powietrzu. Tak czy siak, wyglądało to świetnie. Na koniec zaczęliśmy przerabiać tematy związane z prędkością i niestety już dostaliśmy zadania domowe.

Po dzwonku poszłam wreszcie do domu! W moim przypadku powrót zajmuje mi około 35-40 minut, gdyż mieszkam ponad 3 km od domu i muszę chodzić na pieszo. Ogólnie rzecz biorąc oceniam mój pierwszy dzień pozytywnie. Poznałam nowych ludzi, nie zamknęłam się na innych tak jak miałam w zwyczaju w tamtym roku i ogólnie tak jakoś przyjemnie minął mi czas.

Kilka wspólnych rzeczy dla wszystkich klas to to, że zawsze dostawało się kartkę z zasadami, do podpisania przez siebie i rodzica. Dodatkowo każdy nauczyciel przedstawiał się i mówił o sobie, pokazywał swoje zdjęcia, pasje oraz to co robił w wakacje. w moim przypadku, na każdej lekcji musiałam poprawiać nauczycieli, gdy czytali moje imię. Strasznie nie lubię gdy się do mnie mówi 'Dżulia', więc za każdym razem się zgłaszałam i wyjaśniałam jakim cudem wymawia się 'Julia' a nie 'Dżulia' ;).

Więc tak wyglądał mój pierwszy dzień roku szkolnego 2017/2018. Co prawda zaraz upłyną dwa tygodnie odkąd zaczęłam szkołę, jednak zadania domowe mnie wykańczały, dlatego też moje regularne blogowanie nie wyszło. Do tego przebyłam ponad 1000 kilometrów, aby obejrzeć zaćmienie słońca (co niebawem opiszę!) i zwyczajnie nie wyrabiałam się z życiem i spaniem, a co dopiero z pisaniem ;)

Tak jak zawsze, zachęcam do komentowania. Podoba Wam się to, jak wygląda początek roku w Stanach? Jakieś pytania o moje przedmioty? Jak wygląda to w waszej szkole?

~ Julia

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rasizm

Długo mnie nie było (szkoła mnie pochłonęła :'). No, ale już powracam i dzisiaj pogadam o rasizmie. Najpierw jednak sprecyzujmy, czym dokładnie jest rasizm. Według słownika języka polskiego PWN: Rasizm - pogląd oparty na przekonaniu o nierównej wartości biologicznej, społecznej i intelektualnej ras ludzkich, łączący się z wiarą we wrodzoną wyższość jednej rasy.  Co myśli większość ludzi gdy słyszy owe pojęcie? Głównie złych białych ludzi znęcających się na biednych przedstawicielach innych ras. I nie neguję tego. Rasizm jest problemem. Chciałabym się jednak skupić na tym, czy osoby pochodzenia europejskiego także go doświadczają oraz czy aby zawsze oskarżenia o rasizm są słuszne. Przytoczę kilka przykładów z mojego życia. W mojej szkole prawie, że nie ma osób białych. Większość to Azjaci, Hindusi i Latynosi. Z okazji Halloween, ja i moje przyjaciółki postanowiłyśmy się przebrać. Dodam, że wśród moich znajomych jestem jedyną białą. Następnie, w czasie lunchu posz...

Dziennik#2: Polski Festiwal w Stanach

W ostatnią niedzielę postanowiłam wybrać się na polski festiwal. Razem ze mną wybrała się moja przyjaciółka, Japonka, żeby zobaczyć co się na takowym wydarzeniu dzieje. I cóż, było dość ciekawie. Przebycie około 25 kilometrów zajęło nam ponad trzy godziny, ponieważ miałyśmy pecha i trafiłyśmy na zamkniętą drogę. No, ale po kolei. Moja rodzina jechała na godzinę 10:30 do polskiego kościoła, w którym też odbywał się festiwal. Jednak ja, jako, że postanowiłam zabrać ze sobą przyjaciółkę dzielnie wstałam przed ósmą, wyszłam z domu o 8:30 i szłam na przystanek, na którym miałyśmy się spotkać o 9:15. Moja przyjaciółka zaspała, więc podczas, gdy ona biegła na przystanek, ja poszłam kupić jej śniadanie. Na szczęście zdążyłyśmy idealnie na autobus. W tym momencie dodam, że kilka razy sprawdzałam rozkład jazdy na niedzielę. I co się okazało? Ulica była zablokowana przez jakiś maraton bądź festiwal rowerowy. Dlatego też wysiadłyśmy w mniej niż połowie drogi. No, ale przecież nie mogłyś...

Czy da się współgrać z osobami wychowanymi w innej kulturze?

Jedziesz za granicę na wakacje, albo może przeprowadzasz się gdzieś na stałe. Poznajesz nowych ludzi oraz obserwujesz zwyczaje panujące w owym społeczeństwie. Wszystko jest fajnie, aż do pewnego momentu, w którym orientujesz się, że ci ludzie są jacyś dziwni. Mężczyźni całują się w policzki na powitanie, ktoś mlaska przy jedzeniu. Z drugiej strony to oni patrzą na ciebie krzywo gdy ściągniesz buty wchodząc do czyjegoś mieszkania albo gdy przytrzymujesz obcej osobie drzwi. W tym momencie, cieszysz się, że już niedługo urlop dobiegnie końca, a ty wrócisz do domu. Gorzej jeśli się tam przeprowadziłeś. Co wtedy? Myślisz sobie, że dłużej już tam nie wytrzymasz. Gdy przeprowadziłam się do Stanów czułam się mniej więcej w ten sposób. Ludzie zachowywali się w dziwny sposób, szczególnie, że mieszkam w okolicy, w której żyją osoby z wielu, wielu kręgów kulturowych. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy to jest w ogóle możliwe, aby dogadać się z tymi wszystkimi ludźmi, którzy są wychowywani ...